Automagiczny Świat

Lwów – moje odkrycie roku.

Z Krakowa do Lwowa – czyli esencja Galicji!

Samochodem do Lwowa ???  Czy może być przyjemniejsza forma podróży ?!? 700 km. Tyle wskazał licznik Alfy po zgaszeniu silnika kończącym wycieczkę do Lwowa. Idealna cyfra. Siedem liczbą szczęśliwa jest, więc siedemset musi być liczbą po stokroć szczęśliwszą. Czyż nie idealna „wróżba” na rozpoczęcie automagicznego bloga? Idealna! Siedemset kilometrów od zatankowania przed wyjazdem do powrotu. Siedemset kilometrów, trzy dni a wrażeń więcej niż spodziewałem się nawet w bardzo optymistycznym scenariuszu wycieczki. Lubię być miło zaskakiwany. A Lwów zaskoczył mnie nad wyraz. Na miejscu wiele razy czułem ten rzadki w codziennym życiu dreszcz ekscytacji. Strzał euforii, zachwytu. Magii właśnie. Czegoś co niektórzy kojarzą z dziecięca fascynacją. A co ja uważam za niezbędna esencję życia. Gdy zdarza się czas gdy nie umiem tego odnaleźć czuję, że brakuje mi czegoś bardzo ważnego.

Ale od początku – skąd Lwów?

Dlaczego teraz?

I co ma z tym wspólnego moją Alfa?

Plany czy improwizacje a może impuls?

Lwów w moich planach wyjazdowych pojawiał się już od przynajmniej 3-4 lat. Ale zawsze znajdowałem powód aby nie jechać. Dlaczego? Irracjonalne obawy. Skojarzenia z nieustającymi łapówkami, brakiem bezpieczeństwa i w zasadzie czy coś poza znikającymi śladami polskości można tam zobaczyć ?? Taaak – stereotypy nie poparte wiedzą. Tak teraz mogę to określić.

Co się więc zmieniło, że teraz one – te wątpliwości – zniknęły? Ktoś mógłby powiedzieć przypadek. Ja jednak średnio wierzę w tak miłe przypadki. Po raz kolejny moje ukochane forum baletowe ( http://www.balet.pl/forum_balet/ ) zainicjowało fajne wydarzenie w moim życiu. A zaczęło się od rozpoczętej przeze mnie dyskusji, gdzie najbliżej Polski można obejrzeć w przyzwoitym wykonaniu Jezioro Łabędzie. Zadając to pytanie Ukraina, Lwów nie były tymi o których pomyślałem w pierwszym momencie. Szczerze mówiąc nie myślałem o nich w ogóle. I tutaj zadziałał właśnie palec boży pod postacią Sagittaire, która swoimi palcami naciskając klawisze na komputerze dość skutecznie roztoczyła przed mną wizję uroków i zalet Opery Lwowskiej. A potem już poszło. Rzuciłem się do internetów. Poznałem sporo blogów poświęconych tak samemu Lwowowi jak i pojedynczych wpisów z wycieczek do Lwowa. Jako, że wiedziałem iż jeśli pojadę to tylko autem przekonał mnie w końcu ostatecznie ten wpis. I w tym momencie klapka przeskoczyła – obawy zniknęły, ochota na wycieczkę wzrosła. A nawet przeskoczyła na nieco zbyt wysoki poziom. Nakręciłem się tak, że wszyscy wokół mieli trochę dość mojego opowiadania, że trzeba pojechać do Lwowa i już.

Więc już wiecie dlaczego Lwów i dlaczego teraz.

A co to ma wspólnego z moją Alfą?
Ano tyle, że jadąc gdzieś (szczególnie w miejsce którego nie znam) lubię mieć samochód pod względem mechanicznym w możliwie perfekcyjnym stanie. I tym razem było tak samo. A, że skończyło się to miłą dłubanina tak moją jak i mechaników, to wkrótce to opiszę i w dziale auto zamieszczę 🙂

Decyzja podjęta – wyruszamy samochodem do Lwowa!

Ale czas powrócić do wycieczki. Gdy decyzja została podjęta, rozpocząłem przygotowania. I znów okazało się, że wszystko idzie po mojej myśli – bilety do opery zarezerwowałem telefonicznie bez problemu. Booking.com załatwił sprawę hotelu, (jeszcze raz dziękuję Sagittaire za pomoc w wyborze). Ostatecznie zdecydowałem się na Hotel Lviv i był to dobry wybór. Po pierwsze bliziutko centrum. Z okna widok na Operę – to jest coś. Widok widokiem, ale pierwszy raz będąc we Lwowie wolałem mieć wszędzie blisko. Gubić się będę później 😉 Wybierając pokój zdecydowałem się na wariant określany w cenniku jako Pół Lux. Ale można powiedzieć, że był to całkiem duży lux. Wybrałem ten standard, głownie dla tego, że w tej ofercie była możliwa dostawka do pokoju a jako że jechaliśmy we trójkę, było to niezbędne. Koniec końców za dwa noclegi ze śniadaniami dla całej naszej trójki zapłaciłem około 400 zł. Dobrze wydane pieniądze – szczególnie jak na pierwszy pobyt we Lwowie.

Czas w drogę.

Trasa prosta i w większości znana. Do Rzeszowa cały czas A4. Wyruszyliśmy nieco zbyt późno, plan zakładał start z Krakowa najpóźniej o 17-tej. Wyruszyliśmy o 18.30 … Bez komentarza 🙂 Ruch – szczególnie do Tarnowa – spory. Piątek, pod wieczór nie jest to zaskoczenie. Cóż, trzeba uważać.
Od Rzeszowa do Jarosławia – droga 94. Tutaj już gęsto i powolutku. Dobrze, że pogoda sprzyja więc droga nie męczy. Są pasy do wyprzedzania to duży plus, bo ciężko było by wyprzedzić ciężarówki a jedzie ich sporo. W Jarosławiu powrót na A4 i hmmm pewne zaskoczenie. Pusto! Czasem wydawało się nam że jesteśmy sami. Ale szczególnie ten odcinek utwierdził mnie w przekonaniu o słuszności decyzji wyjazdu samochodem do Lwowa. Bardzo miła droga!
I w końcu Korczowa. Granica. Miałem lekkie obawy ile postoimy, czy nie będą nas zbytnio „trzepać” ale okazało się, że były całkiem bezpodstawne. Odprawa bez przygód. Odstaliśmy może godzinę i już Ukraina! Droga M10 o dziwo bez problemu, w dodatku w dobrym stanie. Po drodze sporo stacji benzynowych – ceny powodują, że następną podróż samochodem do Lwowa zaplanuję tak aby na Ukrainę wjechać z prawie pustym bakiem 🙂 Księżyc prawie w pełni nie tylko ułatwiał drogę, ale umożliwiał również obserwację świata. Jadąc nocą miałem wrażenie dość dużej pustki. Czasami mijaliśmy jakieś wsie czy miasteczka. Ale po za tym płasko i pusto. Za to, mimo późnej już godziny kilkukrotnie napotkaliśmy maszerujących skrajem szosy ludzi. Raz nawet ludzia ciągnącego spory wózek! A wszystko to w sporym oddaleniu od jakichkolwiek zabudowań. Co oni tam robili – pozostaje dla mnie zagadką. Ale jednocześnie nakazuje zwiększenie czujności. To, że z pozoru pusta okolica nie oznacza, że zaskoczeniem mogą być tylko zwierzaczki. Ot taka uroda podróży samochodem do Lwowa.
I w końcu Lwów. Mniej niż pięć godzin od wyjazdu z Krakowa byliśmy na miejscu. Na miejscu jak na miejscu – we Lwowie. Trzeba było jeszcze dojechać do hotelu… Hmmm ulice we Lwowie miewają asfalt. Ale miewają też kostkę brukową pamiętająca chyba jeszcze czasy drugiej rzeczpospolitej. Od razu przestałem się dziwić, czemu auta mają tam nagminnie podniesione zawieszenie 🙂 Czasem maksymalną prędkością jaką mogłem rozwinąć było …. 10 km/h. Tutaj różnica pomiędzy Krakowem a Lwowem jest spora. W Krakowie takie dziury to chyba tylko w okolicach ulicy Biskupińskiej jeszcze zostały. Ale mimo, że moja Alfa ma raczej niskie zawieszenie bez problemu dojechałem do hotelowego parkingu.

Samochodem do Lwowa - "troszkę" podrasowany nocny widok na Opera

Pierwsza nocna wycieczka po Lwowie

Nieco już zmęczeni zameldowaliśmy się w pokoju hotelu i powiem tak – widok z okna na tyle skutecznie wygonił zmęczenie, że postanowiliśmy mimo prawie pierwszej w nocy miejscowego czasu wybrać się do miasta pod pretekstem zakupu czegoś do picia. Okazało się, że nawet po północy znalezienie w centrum czynnego sklepu nie jest problemem. Szybciutko zaopatrzyliśmy się w napoje i miejscowe słodycze (pewnym zaskoczeniem była odmowa sprzedaży piwa, z tego co zrozumiałem, to po 22-giej napojów z procentami w sklepie się nie kupi) i nieco okrężną droga wróciliśmy do hotelu. Okrężna, aby mieć choć chwilę na wchłonięcie wszystkimi zmysłami klimatu miejsca. Bo jak zawsze, gdy zawieramy nową znajomość liczy się pierwsze wrażenie. I Lwów to pierwsze wrażenie zrobił. I było to bardzo dobre pierwsze wrażenie! Jeśli miasta mogą się uśmiechać to Lwów uśmiechał się kusząco.
Potem już był tylko hotel, wanna i sen.

Samochodem do Lwowa – czy to się opłaca ??

Gasząc silnik przed hotelem spojrzałem na komputer w samochodzie. Wskazał spalanie 6 litrów ropy na 100 km. Całkiem miło. Do Alfy leję prawie wyłącznie olej napędowy Verva na Orlenie, przed wyjazdem płaciłem za litr 4,15 zł (takie ceny tylko na stacji przy Nowohuckiej). Przejechałem 329 km czyli spaliłem około 20 litrów ropy. Dało mi koszt dojazdu do Lwowa w granicach 83 zł. Biorąc pod uwagę, że jeden bilet na autobus Kraków – Lwów to kwota około 70 zł, wyliczenie jest proste! Zaoszczędziłem ponad 120 zł które mogę wydać na miejscu na dobrą kawę i inne takie … 😉

Małe podsumowanie dojazdu samochodem do Lwowa

Przed snem pomyślałem sobie, że uleganie stereotypom strasznie nas ogranicza. To po pierwsze. A po drugie, że jak dla mnie podróż własnym samochodem  to najlepsza forma odkrycia nowych miejsc. I koszt jest tylko jednym z czynników. Nawet jeśli tak jak tym razem, wyjeżdżam zbyt późno i nowy region przemierzam nocą. To i tak fakt, że mogę zatrzymać się gdzie chcę. Zwolnić gdzie chcę, a gdy nie chce to pogonić auto próbując nadrobić stracony czas. Oczywiście wszystko w granicach rozsądku i przepisów. Szczególnie, że jechałem z dziećmi 🙂

Poniżej mapka trasy którą jechałem, nie! Źle! Jak obecnie google wyznaczają aby tam  dojechać.
Następnym razem zamieszczę swój ślad gps – będzie można porównać czy coś się zmieniło. Na przykład, czy w końcu otwarty został brakujący odcinek A4 …
Czy warto jechać samochodem do Lwowa. Według mnie jak najbardziej! Drogi są całkiem dobre i to zarówno po stronie polskiej jak i ukraińskiej. Z przekroczeniem granicy nie miałem kłopotu. A elastyczność i wygoda bezkonkurencyjna. I jeszcze ta cena 🙂

A wy wolicie lubicie podróżować? Własnym samochodem, wygodnym autokarem, pociągiem a może autostopem?? Napiszcie w komentarzach!

Ufff to na razie tyle – prawdziwe poznawanie Lwowa rozpoczęło się dopiero rankiem. Ale o tym już w następnym wpisie!

  • Pingback: Balet we Lwowie - Jezioro Łabędzie - Automagiczny Świat()

  • Pingback: Odkrywanie Lwowa - pierwsze wrażenia()

  • Jan

    Witam
    W najbliższym czasie wybieramy się do Lwowa samochodem, czy może Pan napisać jak jeździ się po samym Lwowie samochodem. Czy jest bezpiecznie, spokojnie, czy ruch jest duży, czy można znaleźć miejsce do zaparkowania. Podczas trzydniowego pobytu będziemy raczej poruszać się na własnych nogach, więc chodzi tylko o dojazd. Z góry dziekuję

    • Również Witam 🙂
      Hmmm ostatnią rzeczą jaką można powiedzieć o ruchu samochodowym we Lwowie to to, że jeździ się spokojnie. Przepisy są raczej sugestią niż obowiązującą normą. Ale ruch jest mniejszy niż np. w Krakowie. Sporo ulic, szczególnie poza centrum, jest mocno połatanych albo wręcz dziurawych. Ale wbrew temu niezbyt miłemu obrazowi jaki Panu rysuje, ogólnie jeździ się nieźle, trzeba się tylko dostosować. Mnie parkować udawało się bez problemu. Ale też podobnie jak Pan zamierza, głównie poruszaliśmy się na własnych nogach. W każdym razie, następnym razem też jadę samochodem, do czego i Pana zachęcam. A po powrocie proszę podzielić się swoimi wrażeniami!
      Szerokiej drogi 🙂